Retencja danych, przekleństwo każdego kolekcjonera
Kolekcjonerzy gier wideo często wyśmiewają dystrybucję cyfrową gier wideo, argumentując to tym, że gier w cyfrze tak naprawdę nie posiadamy na własność ani nie możemy ich odsprzedać. Przy okazji wychwalają pod niebiosa nośniki fizyczne, które dają prawdziwą wolność graczom.
Ludzie nie wymyślili jeszcze nic lepszego od gry, którą możemy wziąć do ręki, potrzymać, włożyć do konsoli i odłożyć na półkę, wiadomo.
Ktoś taki nie reaguje nawet wtedy, kiedy powie się mu, że posiadana przez niego gra wideo nie ma przykładowo całej zawartości na płycie albo ma na niej tylko instalator owej gry. Pudełka górą, no chyba że dany tytuł zajmuje ponad 300GB, ma setki aktualizacji po premierze w ciągu kilku lat i jego pełna wersja gry na fizycznym nośniku nigdy się nie pojawi, bo nie ma jeszcze tak dużych nośników w powszechnym obiegu.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam zamiaru nikogo z was przekonywać do tej czy owej formy dystrybucji gier wideo. Korzystam z każdej z nich. Znam zalety i wady ich obu i na szczęście jeszcze nie muszę wybierać tylko jednej z nich.
Postanowiłem jednak zająć się głębiej jedną z największych wad dystrybucji fizycznej. Mowa tu o retencji danych, która w jednej chwili może pozbawić nas złudzeń, że posiadanie jakiejkolwiek gry wideo w formie fizycznej sprawi, że będziemy ją mieć na własność przez wieki.
Nie przeczę, że posiadanie pięćdziesięcioletnich gier na NESa to piękne uczucie. Kartridże na pierwszą konsolę Nintendo i na kolejne ich generacje należą do najtrwalszych w historii. Tak w zasadzie, to jeśli nie mają problemów z baterią litową albo ze stykami, które łączą się bezpośrednio z konsolą, to nie powinniśmy mieć z nimi problemów przez kilka kolejnych dekad.
Trochę gorzej wygląda sytuacja z grami na płytach. Jeśli o nie odpowiednio nie zadbamy, to skończą z rysami i będą później bezużyteczne. Możemy też dbać o całą naszą kolekcję przez wiele lat, a później jakiś serwisant-idiota weźmie od nas konsolę do serwisu i tak ją 'naprawi', że zacznie robić kółka i rysy na każdej z nich. Im głębsza rysa lub kółko, tym większe prawdopodobieństwo trwałego uszkodzenia nośnika. Nie każdą taką płytę da się uratować później poprzez regenerację.
Jednak najgorsze ze wszystkiego jest zjawisko retencji danych, a więc swojego rodzaju tykająca bomba, która zabije po jakimś czasie każdą nawet najwspanialszą kolekcję gier wideo. Dla płyt kompaktowych jest to 50-100 lat, pod warunkiem specjalnie tłoczonych płyt przez wydawców gier. Wypalone w zaciszu domowym płyty kompaktowe mogą przestać działać nawet po dziesięciu latach, znacznie krócej niż jakakolwiek gra wideo dostępna w dystrybucji cyfrowej.
Ze zjawiskiem retencji danych pierwszy raz spotkałem się z grą Shadow Man na Dreamcaście.
Po kolejnym zakupie ostatniej konsoli Segi potrzebowałem jakichś tytułów do stopniowo powiększanej przeze mnie kolekcji, a że nie potrafię sobie wyobrazić takiej kolekcji bez mrocznych przygód Michaela Leroi, to musiałem kupić egzemplarz Shadow Mana. I tu pojawił się pierwszy problem, bo moja konsola nie chciała czytać tej płyty. Nie miała ona żadnych rys, była zadbana, ale nawet zadbana płyta z grą zostanie kiedyś nagryziona przez ząb czasu, zwany w tym przypadku retencją danych.Retencja upomni się prędzej czy później o zbiory każdego kolekcjonera. Zabierze nam jeden skarb, później drugi, dalej połowę a później obudzimy się ze świadomością, że postawiliśmy kiedyś na złego konia, albo raczej na konia, który pod ciężarem lat zapomniał jak się biega.





Komentarze
Prześlij komentarz