W co gracie w weekend? #511: Misericorde Volume One
Święta, święta i po świętach. Piękne to były święta, podczas których można życzyć wszystkiego najlepszego bliskim, których nie widujemy na co dzień, wręczyć im jakieś prezenty i najeść się do syta pysznymi ciastami. Nic co dobre nie trwa niestety wiecznie. Wielkanoc 2026 to już jeno wspomnienie. Od tamtej pory zdążyła na chwilę wrócić zima.
Święta będę również ciepło wspominał chociażby z tego powodu, bo w ich ostatni dzień skończyłem pięć różnych gier wideo, co dało mi ogromnego kopa motywacyjnego, aby chłonąć kolejne growe światy. Jak znajdę czas, to o kilku może napiszę w przyszłości.
Dziś skupię się na jednej z największych niespodzianek w mojej growej karierze, a już na pewno największej growej niespodziance, jaką odpaliłem w tym roku, a więc na Misericorde Volume One.
Gdy przejdziesz dziesiątki różnych powieści graficznych/eroge a zobaczysz drugie tyle albo jeszcze więcej może ci się wydawać, że znasz już cały gatunek na wylot. A to wszystko guzik prawda. Golizna czy wieczne uganianie się na dziewczynami po przeróżnych szkołach to zdecydowanie nie wszystko co mają do zaoferowania gry z tego gatunku.
Zawsze trzeba wychodzić z założenia, że bez względu na to ile byśmy nie wiedzieli o grach wideo nie wiemy o nich tak naprawdę nic. Tylko w ten sposób możemy odkryć prawdziwe gamingowe skarby.
Inaczej nie da się wytłumaczyć szoku jaki przeżyłem przy pierwszym zetknięciu się z Misericorde. W najśmielszych snach nie spodziewałbym się tego, że historia o zakonnicach z pewnego angielskiego zakonu z końca piętnastego wieku wciągnie mnie jak kamfora.
Ta całkowicie niepozorna czarno-biała visual novelka może i nie ma dubbingu, ale ma wszystko to co powinien mieć każdy szanujący się przedstawiciel tego gatunku.
Zacznijmy od intrygi ze wstępu do gry, która całkowicie wywraca do góry nogami spokojne klasztorne życie głównych bohaterek. Bez odpowiedniego zawiązania historii już na samym początku ciężko będzie wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń. Powiem tylko tyle, że polityka, knowania, występki czy grzechy śmiertelne to doskonała mieszanka do stworzenia podwalin pod dobry kryminał.
Ważny jest też oczywiście klimat, który budują tutaj zupełnie niespotykane w innych visual novelkach realia, chemia pomiędzy bohaterkami, z których każda ma jakieś cechy wyróżniające je spośród innych oraz przede wszystkim kapitalna ścieżka dźwiękowa.
Myślisz sobie, że jak gra jest utrzymana w klimatach kościelnych, to na pewno usłyszysz jakieś gregoriańskie psalmy. Nic bardziej mylnego. W Misericorde bit jest tak gęsty, że jeden nóż nie wystarczy, żeby go całego pokroić. Spokojne melodie przeplatają się tu z dynamicznymi, aby odpowiednio podkreślić wagę danej sceny, a linia basowa w kolejnych trip-hopowych aranżacjach cudownie łechce uszy słuchacza.
Jednak najlepszą rzeczą w tym tytule są jego główne bohaterki. Ludzie, którzy nigdy nie byli w żadnym zakonie z politowaniem patrzą na zakonnice, które zawierzyły swoje życie Bogu, rezygnując z ziemskich pokus i uciech. Bohaterki w Misericorde może i są czarno-białe, nie znaczy to jednak, że nie mienią się wszystkimi barwami tęczy. Starają się cieszyć życiem, swoimi codziennymi obowiązkami oraz przede wszystkim swoim towarzystwem. Przeklinają, dogryzają sobie, przechwalają się, mają swoje humory i są niezwykle charakterne. Nie da się ich nie lubić.
Ciężko nie uśmiechnąć się pod nosem, gdy prowadzą poważne dysputy teologiczne, które zaprzątają ludzkie umysły od wieków i nagle jedna z nich pyta drugiej jak ona w ogóle sra, skoro złożyła śluby odosobnienia, mieszka w zamkniętej celi, z której nie wychodzi i nie widziała na oczy drugiego człowieka od dwudziestu lat albo gdy inna zakonnica nie chce podzielić się z drugą jabłkiem, bo zachowuje się jak zwykła pizda.
Grałem w mnóstwo gier z fabułą na jedno kopyto, gdzie protagonistą kieruje zemsta albo chęć uratowania świata. Takich gier jest tysiące. Ciężko mi zliczyć w ilu tytułach walczyłem z bogiem, bogami albo ze zwykłymi wariatami z kompleksem. Może czasem z Bogiem warto po prostu porozmawiać albo zwyczajnie w świecie nosić go w sercu?
Nawet w tej materii Misericorde potrafi zaskoczyć. Jak sama jej nazwa wskazuje, jej motywem przewodnim jest miłosierdzie i łaska, czyli tematyka, której próżno szukać w innych produkcjach.
Jednak najlepszą rzeczą w tym tytule są jego główne bohaterki. Ludzie, którzy nigdy nie byli w żadnym zakonie z politowaniem patrzą na zakonnice, które zawierzyły swoje życie Bogu, rezygnując z ziemskich pokus i uciech. Bohaterki w Misericorde może i są czarno-białe, nie znaczy to jednak, że nie mienią się wszystkimi barwami tęczy. Starają się cieszyć życiem, swoimi codziennymi obowiązkami oraz przede wszystkim swoim towarzystwem. Przeklinają, dogryzają sobie, przechwalają się, mają swoje humory i są niezwykle charakterne. Nie da się ich nie lubić.
Ciężko nie uśmiechnąć się pod nosem, gdy prowadzą poważne dysputy teologiczne, które zaprzątają ludzkie umysły od wieków i nagle jedna z nich pyta drugiej jak ona w ogóle sra, skoro złożyła śluby odosobnienia, mieszka w zamkniętej celi, z której nie wychodzi i nie widziała na oczy drugiego człowieka od dwudziestu lat albo gdy inna zakonnica nie chce podzielić się z drugą jabłkiem, bo zachowuje się jak zwykła pizda.
Grałem w mnóstwo gier z fabułą na jedno kopyto, gdzie protagonistą kieruje zemsta albo chęć uratowania świata. Takich gier jest tysiące. Ciężko mi zliczyć w ilu tytułach walczyłem z bogiem, bogami albo ze zwykłymi wariatami z kompleksem. Może czasem z Bogiem warto po prostu porozmawiać albo zwyczajnie w świecie nosić go w sercu?
Nawet w tej materii Misericorde potrafi zaskoczyć. Jak sama jej nazwa wskazuje, jej motywem przewodnim jest miłosierdzie i łaska, czyli tematyka, której próżno szukać w innych produkcjach.
Pierwszy odcinek tej produkcji kosztował mnie raptem trzydzieści kilka złotych, czyli mniej niż dodatkowe stroje w innych tytułach. Bardzo prawdopodobne, że gdy tylko się z nim uporam, to sięgnę po kolejny.
Grać mam w co, więc jeśli tu zaglądacie od czasu do czasu, to na pewno coś napiszę o innych ogrywanych grach. Na razie dziękuję za uwagę. Do następnego razu.





Komentarze
Prześlij komentarz