Rose Guns Days: Season 1 - Nikt nie ma prawa rozdzielać pary kochanków, nawet Bóg!
Rose Guns Days to wciągająca gangsterska historia od autora Higurashi, Umineko i Silent Hill f. Akcja gry rozgrywa się w latach czterdziestych ubiegłego wieku w alternatywnej wersji Japonii, która po przegranej wojnie stała się niemal podnóżkiem Chin i USA.
Są to ponure czasy, w których powracający z wojny Japończycy nie mogą znaleźć pracy w nowych nieprzyjaznych realiach i wielu z nich, aby przetrwać schodzi do przestępczego półświatka. Kobiety wcale nie mają lepiej i wiele z nich zostaje damami do towarzystwa sił okupacyjnych.
Każdy komu podobały się wątki mafijne w Higurashi znajdzie tu coś dla siebie. Porwania, pobicia, strzelaniny, wymuszenia, szantaże, podpalenia, tortury i blond loli wyposażone w pistolety to tutaj chleb powszedni.
Jest to z jednej strony historia gloryfikująca patriotyzm, a z drugiej strony krytykująca naiwność i niechęć Japończyków do przystosowania się do nowych realiów życia. Ryukishi krytykuje tu wszelkie drogi na skróty, które często prowadzą na ścieżkę występku.
Oczywiście autor nie byłby sobą, gdyby nie przemycił do tej gangsterki swojego stylu, więc tylko tu możemy trafić na dziwki, które tłuką na kwaśne jabłko jakiegoś oprycha i cisną mu od prawiczków, nie zapominając jednocześnie o końskich łbach w łóżkach mafijnych rywali. Co to za gangsterka bez końskich łbów?
Samego autora można bez problemu posądzać o zbytnie zamiłowanie do nacjonalizmu, ale nikt tak jak on nie potrafi opowiadać o wszelkich machinacjach rządzących światem i o wygórowanych ambicjach zwykłych ludzi. Te ostatnie często kończą się tragicznie, bo jak wiadomo na dobrych chęciach Piekło zbudowano.
Nie zapominajmy jednak, że za ową opowieść odpowiadają autorzy Umineko, więc nawet w najbardziej ponurych chwilach zawsze znajdzie się czas na piękne ludzkie odruchy.
Całą tą grę należy traktować jako gag kierowany w stronę miłośników Umineko, bo nawiązań do poprzedniego dzieła Ryukishiego jest tu sporo, począwszy od charakterystycznych efektów dźwiękowych, postaci, a na muzyce skończywszy. Usłyszymy tu sporo jazzu, ale w najważniejszych momentach historii muzyka ucieka daleko od tego gatunku i nie raz zwala z nóg, tak jak to miało miejsce przy okazji historii o Beatrice.
Samego autora można bez problemu posądzać o zbytnie zamiłowanie do nacjonalizmu, ale nikt tak jak on nie potrafi opowiadać o wszelkich machinacjach rządzących światem i o wygórowanych ambicjach zwykłych ludzi. Te ostatnie często kończą się tragicznie, bo jak wiadomo na dobrych chęciach Piekło zbudowano.
Nie zapominajmy jednak, że za ową opowieść odpowiadają autorzy Umineko, więc nawet w najbardziej ponurych chwilach zawsze znajdzie się czas na piękne ludzkie odruchy.
Całą tą grę należy traktować jako gag kierowany w stronę miłośników Umineko, bo nawiązań do poprzedniego dzieła Ryukishiego jest tu sporo, począwszy od charakterystycznych efektów dźwiękowych, postaci, a na muzyce skończywszy. Usłyszymy tu sporo jazzu, ale w najważniejszych momentach historii muzyka ucieka daleko od tego gatunku i nie raz zwala z nóg, tak jak to miało miejsce przy okazji historii o Beatrice.
Wydawca Mangagamer nie popisał się trochę przy wydaniu tego tytułu. Pełno jest tu walk na noże, kastety, pistolety, strzelby itd. Gra ma nawet prosty gameplay pojegający na sekcjach defensywnych i ofensywnych, za które zbieramy punkty. Do niczego się nam one jednak nie przydadzą, bo nawet na Steam tytuł nie ma żadnych osiągnięć. Szkoda, bo poprzednie tytuły tego studia je miały.
Boli mnie też niski koszt produkcji Rose Guns Days.
Ryukishi trafił do branży gier wideo przez doujinshi, które może tworzy się szybko, ale jest to tworzenie przy niskimi nakładzie finansowym. Higurashi i Umineko w pierwszych wydaniach nie miały dubbingu, i gdyby nie anime, przy których zatrudniono wspanialych seiyuu, którzy pracowali później przy kolejnych wydaniach materiału źródłowego, nie miałyby go nawet dziś.
Ryukishi trafił do branży gier wideo przez doujinshi, które może tworzy się szybko, ale jest to tworzenie przy niskimi nakładzie finansowym. Higurashi i Umineko w pierwszych wydaniach nie miały dubbingu, i gdyby nie anime, przy których zatrudniono wspanialych seiyuu, którzy pracowali później przy kolejnych wydaniach materiału źródłowego, nie miałyby go nawet dziś.
Ta japońska opowieść o gangsterach naprawdę zasłużyła na to, aby podziwiać ją w pełnej krasie. Może kiedyś tego dożyję. Na razie czekam na kolejne epizody tej historii. Nie wiem jeszcze czy wrócę doń przy okazji wydania kolejnego sezonu, czy dopiero wtedy gdy wszystkie cztery doczekają się oficjalnego zachodniego wydania.
Dziękuję za uwagę.





Komentarze
Prześlij komentarz