God of War: Ragnarok (Platyna #185)
God of War: Regnarok
Platforma: PS5
Platyna #185
Miodność: 9/10
Trudność: Średnia
Czas: 160 godzin (3 i pół roku)
W Ragnaroka grałem tak długo, że już powoli myślałem, że nigdy go nie splatynuję. Kiedyś ustaliłem, że nie będę grał w ten tytuł z opisem, więc domyślenie się jak rozwiązać konkretne zagadki trochę trwało. Gdy nie chciało mi się tego robić, to wyłączałem po prostu grę i albo włączałem ponownie następnego dnia, gdy miałem już jasność umysłu, albo po kilku miesiącach.
Nieładnie jest jednak przetrzymywać zbyt długo pożyczone gry, więc nieraz mobilizowałem się do dalszej gry. Zajęło mi to tak dużo czasu, że Ragnarok trafił nawet do Plusa a ja dalej nie mogłem oddać przygód Kratosa koledze, od którego je pożyczyłem, gdyż sejwy z wersji płytowej nie są kompatybilne z wersją cyfrową, a po skończeniu w wielkich bólach fabuły głównej w produkcji Santa Monica nie chciałoby mi się zaczynać wszystkiego od nowa.
Liczba znajdziek jest tu tak duża, że musiałem sobie robić dłuższe przerwy od tego tytułu, żeby nie zwariować. Przez pierwsze kilkadziesiąt godzin zupełnie nie ruszała mnie ta historia. Przez większość czasu miałem ją zresztą za przereklamowany mission pack do rebootu God of War z 2018 roku niż za pełnoprawną kontynuację.
Jeśli jednak grasz pół generacji w jedną grę, to zaczniesz w końcu zauważać pewne rzeczy. Polski dubbing w Ragnaroku to pierwsza klasa. Ciężko to porównywać z konkurencją.
Microsoft do dziś nie wydał polskiej wersji Quantum Break a Nintendo zaczęło lokalizować swoje gry na polski język po niemal pięćdziesięciu latach.
Ciągłe ględzący Mimir czy wiecznie ponury i naburmuszony Kratos są nie do podrobienia.
Oprawa graficzna i dźwiękowa w tym tytule to dalej absolutna czołówka tej generacji konsol i dekady w przemyśle gier wideo. Ragnarok mierzył się z takimi potęgami jak Elden Ring i nawet jeśli nie dorównał dziełu Miyazakiego, to wciąż potrafi dać dużo satysfakcji z walki z berserkerami czy walkyriami. Potrafi też zaskoczyć fabularnie, no i ciężko nie polubić takich bohaterów jak Thor, który wyglądał tutaj przynajmniej jak Thor a nie marvelowski komiksowy superbohater.
Niemal każdą zagadkę w Ragnaroku rozwiązałem samodzielnie, ale nie umiejąc otworzyć ostatniej skrzynki w grze i znaleźć ostatniego kruka, musiałem zerknąć raz czy dwa do opisu, tym bardziej, że tytuł Sony to taka dziwna gra, że można mieć w niej zrobioną całą mapę na 100% i dalej nie mieć platyny, gdyż w grze są artefakty, które nie liczą się do żadnych statystyk albo zapomnieć o jednym sub bossie, a żeby doń dojść to trzeba przejść okrężną drogą połowę mapy.
Zbyt dużo czasu spędziłem z Kratosem i jego synem, żeby nie dokończyć ich spraw do końca, a że nie chciałem się z tym dalej męczyć, bo przecież inne gry wideo też czekają, to skorzystałem z pomocy podczas tej długiej i pełnej wybojów drogi.
Nie uważam jednak tego czasu za czas stracony. Chociaż zajęło mi to niemal sto godzin, polubiłem koniec końców Ragnaroka i wygranie niektórych starć dało mi sporo satysfakcji.
Nie żegnam się jeszcze z produkcją Sony. Platyna to tylko przedsmak Valhallii, która rządzi się trochę innymi zasadami niż główna gra i bliżej jej jest do Returnala czy Hadesa. Po raz pierwszy jednak mogę napisać, że jestem niezwykle rad, że mogę w końcu grać w tą produkcję z wielką satysfakcją i całkowicie na własnych zasadach.
Dziękuję za uwagę.


Komentarze
Prześlij komentarz