W co gracie w weekend? #515: Ninja Gaiden II: The Dark Sword of Chaos (NES)

Seria Ninja Gaiden od zawsze kojarzona jest z wysokim poziomem trudności. To jedna z najlepszych trójwymiarowych gier akcji. Za taki stan rzeczy odpowiada w głównej mierze świętej pamięci Tomonobu Itagaki, który wraz ze swoim zespołem z Team Ninja zrewolucjonizował gatunek gier nastawionych na walkę, a więc gatunek hack'n'slash, tworząc Ninję Gaiden na pierwszego Xboxa, która doczekała się później usprawnionej wersji z dopiskiem Black. Do dziś jest to absolutny standard jeśli chodzi o gry wideo takiego typu.
Początki tej serii były jednak zgoła inne. Sięgają one czasów pierwszej konsoli Nntendo, NESa. Już wtedy ludzie z Tecmo zachwalali swój produkt tym, że jest trudny do ukończenia.
Osobiście uważam, że pierwsze odsłony przygód Ryu Hayabusy są jeszcze trudniejsze od tych dzisiejszych, bo to w gruncie rzeczy platformówki, ale nie takie platformówki jak Mario, Kirby czy Yoshi, to platformówki nastawione na walkę. W internecie można spotkać się z określeniem hack'n'slash platformer, który doskonale oddaje to, o czym mówię, chociaż zdaję sobie z tego sprawę, że w czasach gdy te produkcje powstawały, to nikt ich tak nie nazywał.
Miałem ogromne problemy z ukończeniem pierwszej odsłony Ninja Gaiden z NESa. Teraz gram w drugą część i wcale nie jest łatwiej. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak ludzie kończyli ten tytuł na oryginalnym sprzęcie, bez jakichkolwiek sejwów. Za młodu widziałem niejedno na pierwszej konsoli firmy z Kioto. Niejedno też ukończyłem.
Obcowanie z Ninja Gaiden II: The Dark Sword of Chaos mogę porównać tylko do wiecznej katorgi. Gra jest tak zaprogramowana, że gdy tylko się poruszymy, jesteśmy ciągle atakowani z kilku stron. Ryu jak na smoczego wojownika ninja przystało jest wyposażony w miecz zadający zabójcze ciosy. Musimy jednak pamiętać, że ta produkcja powstała w ośmiobitowej erze, więc, żeby trafić jakiegokolwiek przeciwnika, to od gracza wymagana jest precyzja co do piksela.
Jeśli nie trafimy koniuszkiem naszej broni w niezwykle ruchliwych wrogów, to wpadną w nas, a siła odrzutu nieraz sprawi, że zginiemy, spadając w jakąś przepaść, których w grze jest bez liku. Podobnie było też w pierwszej Castlevanii na NESie.
To właśnie elementy platformowe są tu dla nas największą zmorą. Resztę załatwi stale ubywający czas, niezwykle irytujący adwersarze i czyhający na nas bossowie.
Ninja Gaiden daje w kość graczom od niemal czterech dekad i wszystko na to wskazuje na to, że będzie tak robić jeszcze przez długi czas, co mnie niezwykle cieszy.
Nie udawajmy jednak, że historie o smoczym ninja to tylko wyśrubowany do granic poziom trudności. Tytuły, za które odpowiedzialne jest Tecmo wyróżniają się też dobrą oprawą graficzną na tle konkurencji z tamtych odległych czasów.
Niezwykle cenię sobie ośmiobitowe dźwięki i nawet tu japońska produkcja wyróżnia spośród innych gier z NESa, które częstokroć miały dwie lub trzy muzyczki na krzyż.
Każdy z siedmiu aktów ma swój podkład muzyczny. Akty są dodatkowo podzielone na mniejsze plansze, no i oczywiście na walki z bossami, więc jest tu na czym uszy zawiesić. Nie zapominajmy też o jednym z najważniejszych elementów tej serii, bez której gry wideo nie byłyby dziś tym czym są obecnie.
Mam tu oczywiście na myśli przerywniki fabularne. Dziś nikt nie zwraca na nie uwagi, bo ma je niemal każda gra wideo z jakąkolwiek fabułą, nawet tą najbardziej szczątkową. W czasach NESa, gdy gry nie zajmowały nawet 1MB poza wprowadzeniem do gry i ewentualną scenką końcową w zasadzie żadna gra wideo ich nie miała, poza serią Tecmo oczywiście. Niby to tylko tekst dołączony do obrazków, a jednak od tego wszystko się zaczęło.
Dlatego wcale mnie nie dziwi, że gry wideo z nazwą Ninja Gaiden w tytule od niemal czterdziestu lat są uznawane przez graczy za jedne z najlepszych produkcji na niemal każdym sprzęcie do grania, na którym się pojawiają.
Druga odsłona Ninjy Gaiden na NESie nie stara wynaleźć koła na nowo. Robi dobrze wszystko to co robiła dobrze jej pierwsza odsłona. W dalszym ciągu mamy tu do czynienia z wymagającą rozgrywką, zabójczymi przeciwnikami oraz nowatorskimi wstawkami, z których możemy się dowiedzieć tego, z kim tym razem musimy zmierzyć się na końcu gry, ale to dopiero po wielu niechcianych i nieplanowanych zgonach. Nie warto psuć czegoś co już wcześniej się sprawdziło.
To tyle na dziś. Dziękuję za uwagę. Spotkamy się ponownie niebawem, gdy uporam się z siłami chaosu.



Komentarze
Prześlij komentarz