Kiedyś to było: Ice Climber (NES)
Polacy to dziwny naród. Gdy podczas zimy nie ma śniegu, to narzekamy. Gdy ten śnieg jest, to narzekamy jeszcze bardziej. Kto lubi jeść przemarznięte jabłka, strasznie kasłać i minusowe temperatury przez dwa miesiące? Może jacyś eskimosi lubią, ale na pewno nie my. Nikt nas nie pobije w naszym sporcie narodowym - narzekaniu.
Myślę, że zbyt długa zima męczy na dłuższą metę, więc trzeba się cieszyć tym, że jedna z najsroższych zim, których doświadczyliśmy w życiu powoli odchodzi w niebyt.
Zupełnie inaczej jest z grami wideo utrzymanymi w zimowych klimatach. Te nie znudzą mi się chyba nigdy, czego najlepszym przykładem jest Ice Climber, który towarzyszy mi z mniejszymi lub większymi przerwami od dziecięcych lat.
Oczywiście, że na NESie znajdziemy lepsze gry, ale poziom nostalgii, który wylewa się z ekranu, gdy znów staram się wejść na kolejny mroźny szczyt, starając się zaliczyć wcześniej planszę bonusową, to Himalaje zajebistości.
To dosyć szokujące, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że ten klasyk Nintendo sprzed czterech dekad jest platformówką a nie ma w nim nawet normalnych skoków. W Ice Climber skaczemy w zasadzie po skosie w lewo albo w prawo. Jest jeszcze skok do góry, ale to ostateczność, jak nie możemy skoczyć normalnie. Skoki po skosach są po prostu mocniejsze i o wiele bardziej efektywne.
W grze jest dwieście pięćdziesiąt sześć poziomów, ale za ukończenie gry należy uznać zaliczenie pierwszych trzydziestu dwóch. Później gra się zapętla. Dowiedziałem się o tym dopiero niedawno, żyjąc przez większość życia w nieświadomości.
Do tej pory udawało mi się przejść tylko kilka pierwszych. Stwierdziłem jednak, że trzeba się w końcu ogarnąć i przejść ten tytuł, bez którego nie wyobrażam sobie jakiejkolwiek dyskusji o pierwszej historycznej konsoli Nintendo.
Z pozoru jest to bardzo prosta produkcja, która polega na wdrapywaniu się na kolejny szczyt, unikając wszelkich przeszkadzajek po drodze w postaci agresywnych ptaków czy niedźwiedzi w slipkach. Poziom jednak szybko tu wzrasta a kolejne z nich są bezlitosne jak większość gier z NESa. W oryginalnej formie większość z nich jest już niegrywalna. Na szczęście każde kolejne wydanie klasyków z tamtego okresu ma dziś możliwość manualnego sejwowania, więc nawet jeśli jakiś gracz jest pozbawiony zręczności lub cierpliwości, to jest w stanie ukończyć tą klasyczną platformówkę.
Mi zajęło to parę lat od postanowienia, że muszę ją w końcu przejść. Nie liczę oczywiście czasu, który spędziłem z Ice Climber za małolata na Pegasusie, ani na 3DSie. Na poważnie do tematu podszedłem dopiero po zakupie NESa Mini. Zaliczyłem wtedy pierwszych osiem poziomów i zapomniałem, że ten tytuł w ogóle istnieje.
Do tematu wróciłem dopiero, gdy w ręce wpadł mi świeżutki Switch 2, który w ramach abonamentu Nintendo Onlina pozwala na ogrywanie wielu klasyków. Ice Climber pozwala na wybranie dowolnego z tych trzydziestu poziomów, więc można doń wrócić w każdej chwili. Wczoraj udało mi się pierwszy raz w życiu zapętlić jedną z najukochańszych gier mojego dzieciństwa.
To było dla mnie jednak za mało. Zacząłem wszystko od nowa z wersją na RetroAchievements. Potrzebowałem do szczęścia jeszcze calaka. Wiedziałem już co i jak, więc pomęczyłem się jeszcze trochę ze zbieraniem warzyw i wdrapywaniem się coraz wyżej. Tak jak zima bez śniegu może dla mnie nie istnieć, tak nie warto nawet odpalać Ice Climbera i nie zebrać tu i ówdzie jakiegoś bakłażana, marchewki albo ziemniaka.
Ten japoński klasyk ma raptem dwie muzyczki na krzyż i dosłownie kilka nagranych efektów dźwiękowych, ale wciąż daje mi ogromną frajdę. Coś takiego potrafią tylko gry Nintendo. Bez nich nie byłbym nawet graczem.

-260225-101857.png)
-260225-123652.png)


Komentarze
Prześlij komentarz